rys. Megi Mikos |
Neuromitologia
opis wypadków i przypadków widzianych i opisanych przez matkę osoby z autyzmem
| rys. Megi Mikos | |
Echolalia
Echolalia
jest bóstwem z Luster.
Mieszkają tam też Odblaski, Refleksy i Imitacje,
lecz tylko Echolalia dostała dar mówienia.
Ta piękna oszustka nie ma nawet ciała.
Cała jest odbiciem, sfałszowaną pieczęcią
pod znakami słowa.
Przedrzeźnia i powtarza
przedrzeźnia
powtarza
Za dnia
spaceruje niosąc przed sobą lustro,
w które łapie słowa jak odbłyski dźwięków.
Puszcza nim złudne zajączki na ścianie.
na ścianie
powtarza
I ma puste serce, z kryształowym dzwonkiem.
Kiedy kogoś zrani nieopatrznym słowem,
śmieje się srebrzyście po tafli lustrzanej,
Echolalia nie czuje
nie czuje
nie czuje
ciężaru i powagi słowa
wagi słowa
i słowa
Złodziejka i
szachrajka, ale nieszkodliwa.
Co ukradnie -odda, co pożyczy -wyda.
Nie odpowie: dlaczego?
dlaczego
dlaczego
Gdy straszy - to niestrasznie i nieswoim głosem.
Lecz czasem coś w niej odciśnie ślad po cudzym strachu,
więc odbiega szybko, rzuca swoje lustro,
potłuczone kawałki wpatrują się w niebo
Echo biegnie za nią
dlaczego?
dlaczego
Dyskalkulia
Dyskalkulia
nie jest bóstwem z Chaosu,
choć żyje tam na wygnaniu.
Została przepędzona z krainy Abstrakcji
z powodu bluźnierstw rzucanych
na jej Doskonałość Matematykę.
Zabrali jej cyfry, miary i wagi, zabrali jej zegarek i sznurek,
żeby nie zrobiła takiego głupstwa jak człowiek
- główny księgowy w celi
w rubrykach "winien" i "ma"
liczący na coś więcej.
Dyskalkulia - bogini nieładu
widzi inny porządek świata.
Chodzi nad brzegiem morza,
nie wierzy liczbom i na nic nie liczy.
Przesypuje piasek w dłoniach
i widzi każde ziarenko z osobna.
Obok leży martwa mucha,
pojedyncza i skończona.
Egzemplarz życia i śmierci w jedności ze sobą.
W morzu niezliczona ilość kropel
szumi jednym głosem.
Dyskalkulia patrzy i widzi,
że codziennie zachodzi słońce.
Mit o skradzionym dziecku
Dawno temu
bogowie wykradli ludziom dziecko.
Zatrzasnęli je w sobie. Oddali zmienione.
Zamknęli jak nasionko, wkłuli w kroplę wody,
żeby rosło w głąb siebie jak bluszcz w nerw zapuszczony,
aż wypełni się sobą, tak ciasno jak liśćmi.
i całym zostanie światem - swoim i dla siebie.
Rozmazane kontury sączą się po ścianach.
Świat skręcił w korytarze, dłuży się i ciągnie.
Wszystkie ścieżki się gniotą zaciśnięte w pięści
a dziecko jest jak embrion, który zapadł w siebie
jak w sen. Na zewnątrz ludzie - ruchome przedmioty
niepokoją je zgiełkiem i ciągną do siebie,
rozwijają mu
myśli długie, blade zwoje,
rozwieszają na sznurach w liniach, cyfrach, kodach.
Rzucają ciągle słowa jak puste nasiona -
a dziecko jest człowiekiem, który nie ma formy.
Dawno temu bogowie wykradli ludziom dziecko
Oddali je zmienione, w inny plan zaszyte,
żeby rosło w głąb siebie, aż do szpiku kości.
Do tego, czego ludzie nie wiedzą o sobie.
Perseweracje
Perseweracje
– to grupa bezgłowa,
bezkształtna plazma i istota szara,
Jej Eminencja Ektoplazma w mowie,
która wysławia się szperając w słowach.
Mowy śmieciowe spoczęły na tronie.
Organizm
stadny podobny do grzybni
obrasta myśli, pasie się na dźwiękach.
Treść żerująca pełznie już po formach,
pełznie i szuka dla siebie wyrazu.
Z wielkiego
kotła dźwięków chmarą roje
urojeń chmurą fruną nad potokiem
słów, gdy urywa się kawałek zdania
i wpada w ucho dźwiękiem jak pociskiem.
Wystrzeli zdaniem jak korek z szampana:
P e r s e w
e r a c j a
Persona non grata
I znów wers wraca
n o n g r a t a n o n g r a t a
Tiki
Tiki to
drobne, szybkie, uszczypliwe gnomy
o żabich oczach, uszach ciągle nastroszonych.
Zasiedlają te wąskie, podłużne szczeliny,
wąwozy, rozpadliny pomiędzy rzekami,
gdzie płynie cicho życie jednostajnym nurtem
- tak jak serce im tłoczy rytm mijania w ciele.
W ten rytm
nieodczuwalny dla ludzkiego oka
wrzynają się zębami i ciągną do tyłu.
Napaść z pętlą na szyi, cios w nerw naprężony.
Ultradźwiękami gestów jak cieniutkim wiertłem,
wcinają się z precyzją między mowę mięśni.
Gdy zapętlą
się myśli i zwiną się w rulon,
potem skręcą się w supeł wielokroć spiętrzony,
staną dęba na czubku jak na brzegu fali,
to przewrócą znaczenia do góry brzuchami
jak śnięte, śliskie cienie słów niedokończonych
I tam mówią
chichotem:
Wszystko jest chaosem!
Mamy dzielić na drobne każdy gest i minę,
od nowa szybkim ruchem szarpać je na strzępy,
bełkotać w szumie rzeki, mącić nurt krwiobiegu.
Gesty mnożyć od nowa ,od no wa od no wa,
mrużyć oczy na powrót na po wrót na po wrót,
dreszcze mięśni ponawiać po na wiać po na wiać
Zgrzyt odtwarzać po zgrzycie i ciągnąć go znowu,
wstrzymać ruch innym ruchem i w ból go wprowadzać
Alalia
Alalia jest
boginią mgły i zabłąkania.
Krople dźwięków ją męczą jak dudnienie deszczu.
Coś przeczuwa, bo dźwięki przeszywają ciszę,
spadając w jej ramiona jak ciężar z ołowiu,
ale ich nie zrozumie, nie obejmie słowem.
Perłowa,
przeźroczysta - prawie nie ma ciała,
choć jego cień się snuje po pustych pokojach.
Alalia fruwa w oknie jak wzdęta firanka
i obłąkanie szuka jakiegoś wyrazu .
Ciągłe
nieznajdowanie, majaczenie, tropy,
które wnikają w ziemię przysypane piachem,
zanim zdąży skierować tam niepewne kroki,
już odlatuje ptactwo zebrane nad grobem.
Alalia
trochę senna a trochę zbudzona
w somnambulicznym transie ciągle kogoś woła,
macha chusteczką z okna daje tajne znaki,
ale nigdy słodyczy nie zaznała słowa.
Zawsze po
drugiej stronie jest symetrią ciszy
Niema i niegotowa, aby ją wypełnić.
Krzyki są dla Alalii jak dzikie rośliny,
które kreślą w powietrzu chwiejne hieroglify
Kompulsje
Kompulsje są
niecierpliwe jak konie na starcie.
Mają siłę zwierzęcą i rozum owadzi.
Coś im pęta kopyta i splątuje grzywy,
więc motają się w stadach skłębione i czarne.
Zawsze
razem, lecz wściekłe na siebie wzajemnie.
Spięte nierozerwalnie ze sobą, z żądaniem
żeby natychmiast metę dopaść i stratować,
każdą przeszkodę rozpruć, na strzępy rozerwać.
Gdy pędzą - to przed siebie, nie patrząc na ściany,
lejce na nic, ból tylko wzmaga chęć galopu.
A gdy dotrą na metę, to nie ma wygranych.
Nikogo na trybunach, żadnego wytchnienia…
Tylko kopyta
krwawe i następna meta
pali się pod nogami, niezdobyta ziemia,
w której zasiano ziarna pączkującej ulgi.
Lecz pole nie zakwitnie pod ich kopytami.
Natręctwa
Natręctwa
jak Kompulsje żyją w dzikich stadach.
Biegają w kołowrocie po tym samym kole,
obszarpują nogawki ząbkami jak dreszcze,
ujadające pieski na drodze do celu.
Mają kąsać i szczekać, zawracać od progu,
Gryźć myśli wciąż te same i dręczyć po drodze,
aż zamienią drogę w przetrząsanie ściegów,
którymi szyte wszystko na miarę obłędu
Kogo złapią - ze sforą biegnie po okręgu.
Jeszcze ra ,
jeszcze, zawróć, policz swoje kroki.
Sprawdź dobrze kilka razy, jeszcze
raz.
Od końca do początku, od
początku do końca
Sprawdź
Do
końca od początku, do początku od końca
Raz jeszcze razy kilka, dobrze sprawdź
Kroki swoje polic , zawróć jeszcze raz, jeszcze
Kogo
złapią - ze sforą biegnie po okręgu.
Jeszcze raz, jeszcze, zawróć, policz swoje kroki
Sprawdź
Stereotypie
Stereotypie
-
Półzwierzęta, półbogi, poruszają kołem,
którym życie się toczy podskórne, podziemne.
Dają wciąż jakieś znaki w bełkotliwej mowie -
machaniem, drżeniem, stukiem, kiwaniem, wygięciem.
Wystukują
palcami rytm krwi, bicie serca,
warkot myśli - nim ruszą, szum słów -nim się zbiorą.
Biegną truchtem po kładce między neuronami,
niecierpliwie stukając w swoim alfabecie
wiadomość z wnętrza życia, telegram od ciała.
Życie ma
swoją mowę w tętnie i krwiobiegu.
W mięśniach prężą się słowa nieznane nikomu.
Stukot palców na stole wybija sylaby,
przemawiając do szpiku kości mięśni dreszczem.
Mówią w
języku ciała, ale o czym mowa?
O postrzępieniu myśli w tkaninach materii,
gdzie wszystko zbyt grubymi nićmi jest utkane,
gdzie leżą martwe słowa jak opasłe ryby
złowione w sieć rozpiętą pomiędzy znakami.
Po cienkich
liniach nerwów biegnie szyfr z kosmosu.
Nie ma chorych i zdrowych. Wszystko jest.
Po prostu.
Afazja
Afazja jest
jak Niobe.
Matka słów utraconych.
Nieświadomie zduszonych
szeptem, co zamarł na ustach.
Wilgotną,
ciężką kołdrą
okryła je milczeniem.
bujając je w kołyskach,
aż wahadło zegara
stanęło bez wytchnienia.
A potem
pocałunkiem
skreśliła na ich czołach
ołowiane krzyżyki.
Niemowlęta
Afazji
usnęły przy jej piersi
ssąc jej zatrute mleko
Z rozpaczy Afazja potrafi tylko krzyczeć.
Bez słów.
Mutyzm
Mutyzm można
zobaczyć
w postawie żołnierza
– jakby kij połknął.
Postawiono go na straży słów,
by nie mogły z niego uciec.
Słowa w nim sztywno
uwięzione siedzą
po sam czubek głowy.
Usta ma zaciśnięte,
umie mówić, ale nic nie rzeknie.
Wojowniczy i bojaźliwy
- równo po połowie.
Został skazany na milczenie,
które przyjął z ulgą
i wściekłością niemą.
Więc targają nim słowa
miotają nim krzyki,
język zasznurowany
za sztyletami zębów
utknął kołkiem i piecze.
Czasem wypluje jakieś słowo
i wstydzi się bardzo,
albo szepce do siebie
kiedy nikt nie widzi.
Czasem powie na ucho
wybrańcom bogów
co myśli o tym wszystkim.
Wtedy zwalniają go ze słowa,
i rozplątują mu język.
Niech idzie między ludzi
błąkać się na wygnaniu.
Między słowami jest miejsce
na cały świat nienazwany.
Melancholia
Powietrze
wisi jak szmata, a tępy nóż przeciął ciszę.
Świat
rozpołowił się w głowie, a strużka myśli wycieka
tam gdzie
brudna jest ziemia, gdzie mętne niebo wypływa,
gdzie stoją
rzeki i łąki, gdzie czas kiwa się na boki.
Mieszka tam
Melancholia - bogini od zniechęcenia.
W pradolinie
po płaczu, w rozległej dolinie smutku,
czas jej
mija do tylu, rozwija szare bandaże,
aż odsłoni
się rana. Ból już dawno nie parzy.
Poniżona
przez bogów, żeby trwała bez celu
uparcie stoi
w miejscu. Wrasta w siebie jak drzewo,
aż
zdrewnieje do końca. Nigdy nie pyta dlaczego.
Dlaczego? Są
takie miejsca wymarłe, gdzie pytań
nikt nie
stawia. Są takie miejsca jak sama
odpowiedź do
pytania, którego nikt nie zadał.
![]() | |
| rys Megi Mikos | |
Dziwadło
takie dziwadło urosło długie nogi ma patykowate
włosy ma sterczące oczy ptasie i pstrokate
pytał je ktoś jak się nazywa a ono w śmiech
i śmiało się długo długo po ostatni dech
trzeba było podnosić za ręce długie tarmosić
stawiać na nogi na rękach nosić
podnosić z podłogi kiedy znów upadło
na krześle sadzać przytrzymać dziwadło
w pasie ręce zapleść na brzuchu nogi postawić
żeby nie spadło na podłogę spadnie i się zabić
może o mój Boże mój Boże wszystko beznadziejne
ono takie nieskładne nieporadne chwiejne boli
je coś chyba w środku jest łamliwe woli
widać pozostać takie niemożliwe trzeba je
zostawić sobie samemu i nie patrzeć na nie
nawet z ukosa ukradkiem może samo wstanie
Wykradanie
Świat ma wiele pięter i swoje podziemia
Zabieranie
dziecka odbywa się powoli.
Czas ma
blade palce, długie jak kłącza chciwej byliny.
Podziemny
wysłannik światła z chorobliwej hodowli
umie je
wyplątać ze świata. Odciąć od ziemi. Złapać.
Zasadzić
jego umysł, aż wypuści korzenie.
A ciało
porzucić ludziom jak łuskę zdjętą z nasiona.
Aż w końcu
budzisz się z pustym dzieckiem.
Jego myśli
wrosły w inną ziemię,
jego słowa -
bez drzwi,
oczy -
zamurowane pokoje.
Nie wiadomo
kiedy zabrało je coś,
co rośnie
jak nowotwór-
bez światła,
powietrza i wody
i toczy do
końca innym życiem.
I wtedy
myślisz o tym, aby wniknąć w ziemię,
przepłynąć
miąższ kamienia, przejść na drugą stronę.
Wejść tam,
gdzie inne piętro świata, gdzie jego podziemia,
gdzie rosną
dziwne rośliny w języku życia,
które mówią
do dziecka w nieznanej mowie.
Chcesz
dostać się tam, wykraść swoje dziecko,
na nowo
wyłuskać z kosmosu ,otoczyć słowami.
Chcesz wejść
tam , gdzie rozdziela was jego choroba.
Nie wiesz
jeszcze, że możesz przejść na jego stronę.
Lecz nie
ruszaj się z miejsca. Kochaj i bądź przy nim.
Koślawa ballada o zmienności losu
(Wiersz szyderczy i kiczowaty jak ona sama)
Było dwoje
dziwaczków
Mieszkali pod krzaczkiem
Ona była dziwaczką
I on był dziwaczkiem
Mówili w języku roślin
Kreśląc kształty w przestrzeni
I coraz wyżsi rośli
Jak inne płody ziemi
echo la echolalia
Ale bajka
lubi się gmatwać
i jak szkło zazgrzytać
Zesłać wilka
rymy pogubić
rytmem zamieszać
Dysharmonia
dysgrafia
i dyskalkulia
Dysonans
i
dysharmonia
Teraz zamieszka tu trudność wszelaka
Ładne będzie się bratać z brzydkim
Proste z trudnym a czarne przykryje białe
Było dwoje
dziwaczków
Mieszkali pod krzaczkiem
Ona miała padaczkę
A on był dziwaczkiem
echo la echolalia
dyskalkulia alalia
Gniazdo
W gnieździe
uplecionym z rzeczy przypadkowych
zamieszkał młody człowiek i karmi chorobę wielkim głosem.
Szerszeń
krąży nad gniazdem, niech go strzegą gładkie
elipsy myśli, niech nie zderzają się z sobą
orbity na głową. W aureoli z bzyczących owadów,
natrętnych myśli, układa każde słowo na nowo.
Nikomu nie
udało się tam wejść, mimo, że był wpuszczony.
Logika gnie się w kolanach z gumy, odbija się od ściany.
Zanim zapukasz- porzuć miliony lat, którymi masz
wybrukowane w głowie, te pasujące kostki DNA
złożone w funkcjonalny wzorek.
A gdy
zapętlą się wątki ( a tak się stanie) i porwą się nitki w głowie,
coś za włosy pociągnie go do krzyku, przesunie głosem
po podłodze. Zapadną się obrysy, spłyną smugi po ścianie,
a gniew człowieka obróci się przeciw tobie.
Będziesz
musiał odejść z garścią domysłów
gubiąc je na schodach, nieprzydatne, skulone w sobie.
Nakarmić kota
Oto krok w
stronę świata
W stronę kociego burczenia w brzuchu
Wysiłek zatrzymania myśli
Mocowanie się z lokomotywą
Odszukanie miejsca
okoliczności
czasu
Rozpoznać kota
Zlokalizować miauczenie
Szybka translacja
skutku na przyczynę
Decyzja
Kiełbasa
Nóż
Miska
Uśmiech
Michał
jesteś wielkim człowiekiem
Nie tylko dla kota
Pola
Pola mieszka
za szafą. Pochodząc pukamy.
Hej, Pola gdzie się skryłaś? - odpowiada Pola
i szuka siebie wokół, przygląda się ścianom.
Trzeba
przejść przez dwie bramy. Pierwsza ma dwa skrzydła.
Anioł rozkłada ramiona skrzypiąc zawiasami.
Potem suchy korytarz. Ciemno. Długa droga.
Drewniana podłoga skrzypi i chwieją się ściany.
Druga brama
jest pusta, ma otwarte oczy.
Oczy zarosły drewnem i patrzą do tyłu.
Nie ma przejścia. To wszystko jest zamknięte w sobie.
Nie ma klamek i znaków. I żadnej szczeliny.
Jedynie w słojach drzewa czas zostawił ślady:
blizny po dorastaniu, obręcze na szyi.
Miazga narosła powoli a ściany zgęstniały
W miąższu drzewa jak syrop przeciągną się soki,
ugrzęźniemy w domysłach - gdzie skryła się Pola?
Pola mieszka
za szafą.
I w koronie drzewa.
Ola
Ola jest
schowana za ruchem. Ruch ją odgradza od świata.
Jest mocniejszy od rąk, które ją trzymają,
bo można przyczepić do ziemi jej ciało, ale Ola nie wyjdzie.
Krąży po orbitach między synapsami. Brak łączności z ziemią.
Sygnał jest za słaby.
Z oddali dochodzą dźwięki zamkniętej zabawy.
*
Paulina
Paulina wtopiona w bazaltową figurkę
przeciera oczy, rozpruwa kamień jak bibułkę
długimi rzęsami, filtruje światło do ścieżki, którą wykuli w niej ludzie.
A ścieżka jest lekko przymknięta i wije się jak tunel.
Na zboczach wiszą słowa odwrócone plecami.
Paulina urywa skrawki zdań ze ściany.
Pod nimi wyryty relief, zatarty szyfr w kamieniu
opowiada urywki z księgi rodzaju ludzkiego
Karuzela dla
Krysi *
Inne dzieci
mówią o niej
ta Krysia co nie mówi
ale ona nie wie o tym
i nie odpowie
Bo nie ma słów dla Krysi
Ale Krysia
dobrze wie
co do niej mówi karuzela
co obiecuje i czym kusi
i że dotrzymać umie słowa
Na pewno ją
weźmie wysoko
i uniesie nad ziemię
będzie jej mówić
w języku karuzel
że jest coś dobrego na świecie
wirowanie
i kręcenie
śmiech
i łapanie cienia
I że życie
życie jest dobre
kiedy trochę zawróci w głowie
Wszystko
wtedy mówi Krysi
że ma rację ta karuzela
* Krysia zmarła w maju 2020 r.
zaginięcie sznurka
Puszczają
zatrzaski w mózgu
Pęka mina
Trzaskają powieki
Uśmiech rozjeżdża się na boki
Balon pękł w uchu
Myśl zawisła na drucie
Uwaga
Błąd systemu
Przeciążona linia
Awaria
Zaginął sznurek
System nie
przewidział
Choroby w rodzinie
Skontaktuj się z serwisem
Wystraszona
mysz
Przebiega po głowie
Co robić
Co robić
Od ściany do ściany
Otworzyć
oczy
Poszukać świętej
Koczującej w pobliżu
Cierpliwości
Pozwól nam
przeżyć pięć minut
I jeszcze pięć
A potem
Zobaczymy
Obcy
Jeżeli nie
znasz żadnego kosmity
Przyjdź do
nas
Poznasz go
gdy siedzi
przy naszym
stole
w kuchni
i je zupę
ogórkową
Obcy
składa się
przeważnie
z wody
jak my
wszyscy
tu zebrani
Ma lekko
odstające uszy
i krzywy
zgryz
bo ortodonci
nie leczą kosmitów
Myśli
obrazami
jakby miał w
głowie projektor
Ale nie łudź
się
To nie film
science fiction
kiedy
krzyczy
albo płacze
Obcy ma
uczucia
i powody
Jego łzy
są takie
same
jak łzy
twojego dziecka
ale w nich
ściśnięta do kropli
rozpacz tego
świata
Niektórzy chcieliby go wysłać w kosmos
Ale on
uparty jest
przybył do
nas
i chce
mieszkać między nami
Gdzie jego
stół
jego łóżko
i jego zupa
ogórkowa
Ona nie wie jeszcze
Mijam ją
chyba czasem na ulicy.
Idzie spokojna i prowadzi wózek.
Wózek pnie się w górę. Dziecko rośnie.
Nic, co było otwarte nie jest zamknięte
Wyjście jest jedno, a dróg tysiące.
Chyba czytam jej listy w internecie.
Na forum dla matek pyta kiedy podać marchewkę?
Mąż jej mało pomaga, chce schudnąć pięć kilo,
czuje się zmęczona, chce wrócić do pracy,
a na razie ogranicza kontakty z teściami.
Niczego nie planuje, nie ma większych ambicji,
Tenis i jazda konna - przesada, angielski - tak,
to dzisiaj podstawa.
Żeby było szczęśliwe. Dobra szkoła. Kiedyś.
Kreatywność. Twórczość. Żeby było sobą.
Każde dziecko rozwija się w swoim tempie.
Einstein też nie mówił do trzeciego roku życia
Ona nie wie jeszcze.
Na razie cieszy się, że dziecko jest zdrowe
i ładnie przybiera na wadze.
Tworzenie świata
( plątanie)
Już się
świat tworzył
Już był na
rozbiegu
Miał już
okręcić się wokół niego
I znaczenie
miał mieć gdzie popadnie
Wszędzie
układać miało się dokładnie
Wiadomo
dlaczego
Żeby nic nie
spadło
Z niego
Ale nic nie
wyszło bo nie trzymało
Odczepiło
się gdzieś i pokołowało
Świat
rozleciał się i puściły sznurki
Popękały
zaczepy i dziurki
Wiadomo czemu
Bo świata
nie da się zrobić samemu
Wtedy
wybiegł z domu i krzyczał ze złości
Mały wariat
nieletnie diable w piórach
Świat
Znam chłopca
który nim
zaczął mówić
postradał
słowa
Słowa nie
trzymały się niczego
Opadały jak
strzępki papieru podarte
cudzą ręką
Padał śnieg
padał deszcz
padały słowa
Forma
przechadzała się obok treści
po ścieżkach
w jego głowie
gdzie
wydreptała inny chaos
niż ten
który znamy
Któregoś
dnia
jakieś słowo
wpadło mu do głowy
i trafiło
tam gdzie było światło
Wypączkował
z niego świat
na cienkiej
łodydze
i bujał się
jak balon na nitce
poruszany
dźwiękami
Ludzie
mówili
że to nic
nie znaczy
Że to echo
odbity cień znaczenia
zatykali mu
oczy żeby nie szedł za nim
odludną
drogą
Ale to jedno
słowo
mówiło mu o
wszystkim
i ani słowa
więcej
jestem
jesteś
jestem
Pantomima
Matkom specjalnej beztroski
Dziś odegrała starą pantomimę,
bez słów choroba przeszła jej przez gardło.
Jej dzieciak
w sklepie rozkrzyczał się głośno
(Rozstrzelać matkę!) Padło kilka spojrzeń.
I trup się ściele na podłodze ,dziecko
głos ma donośny, wali się po głowie.
Pora
zatańczyć, nim ją podziurawią
wszystkie końcówki statystycznych pików,
uwierać mogą - lecz nie na widoku.
Miotacz
spojrzenia i głowa wysoko.
Trudno, niech się drze, wszystko pod kontrolą.
Wrzaski łagodnie unisono ręką
w tunel wprowadzić miękko głaszcząc głowę.
Bardzo cię proszę uspokój się wreszcie
Dezorientacja
sunie już po szynach
z pytań co wiszą jak śledzie na sznurku.
Z każdego oka belka się wysuwa,
ostro spojrzeniem wkłuwa się do środka:
O co tu chodzi? Czy skórę mu złoi?
W ostatnich
krokach tego menueta
przytulić dziecko i dostać od niego
w gębę na odlew
I nic nie powiedzieć
Cisza zapadła się miękko w domysłach
Aaa, już
wiadomo
chore umysłowo
Zapłacić w
kasie, wyjść prosto po linie,
która wystaje z każdej pary oczu.
Potem się potknąć na własnym zakręcie.
Zdjąć buty,
cisnąć w obolałe serce.
List w przyszłość
Kiedy
będziesz wysoko, pomiędzy piętrami
a stukot moich butów umilknie na dobre
- nie biegnij za mną, nie szarp klamek.
Zejdę po schodach z twoim lękiem we mnie,
zamkną mi w oczach strach o ciebie.
A ja już
tylko w tobie przeplatać się będę,
urywkiem szyfru w żyłach, kruchą nicią w kodzie.
Półnutą w innej partyturze,
ukrytym dźwiękiem w kakofonii.
Nie wiem jak wtedy ci odpowiem:
Nie bój się, wszystko będzie dobrze...